Transcarpatia 2005.08.20 - 28

Spis treści

 

Wtorek - 23 sierpnia - W bryzgach beskidzkiego błota.
Krępna-Krynica Zdrój - 74km
ETAP: 4:53:27 - 36 miejsce w kategorii Men.
Klasyfikacja generalna - 24:32:33 - 56 miejsce w kategorii Men.


Pobudka jak zwykle w granicach 6 rano. Szybkie pakowanie, kupa i na śniadanie musli z mlekiem. Smarowanie rowerów odbyło się wczoraj wieczorem więc mamy godzinę byczenia. W zespole raczej kiepska atmosfera. Co chwila boczymy się o coś na siebie. Na pół godziny przed startem, podczas logowania chipów zaczyna padać. W zasadzie to lać. Ubieram kurtkę licząc że mnie trochę ochroni przed przemoknięciem do suchej nitki. Widać, że wszyscy klepią zdrowaśki aby do startu przestało. I przestaje. Na 3 minuty. Startujemy w kompletnej ulewie. Nie przestaje padać do godziny 15. Raz jest to tylko ulewa a raz oberwanie chmury. Co prawda interpretacja intensywności przekłamana jest przez chlapiące spod kół strugi błota i wody, więc normalni ludzie mogli to widzieć inaczej. Faktem jest, że po 500m byłem kompletnie mokry. Po 1 km było mi już wszystko jedno. Jedziemy asfaltem nie remontowanym chyba od czasów narodzin Mieszka I. Dziury takie, że - jak mówił na odprawie Marcin Rygielski - można kąpać dzieci. Trzeba omijać je bardzo gwałtownymi manewrami. Kobi łapie gumę po 3 km. Zmienia ją jak podczas wyścigu F1 ale mimo to wszyscy już pojechali. Pomagamy jeszcze jednemu zawodnikowi (był sam, partnera wcięło) który łapie kapcia 100 m dalej i przemy do przodu. Pada coraz bardziej. Prędkość nie schodzi poniżej 35km/h, mijamy kilka ekip, jadącą R-kę zamykającą peleton i zbierającą zwłoki zawodników. Tempo coraz mocniejsze z kilometra na kilometr. Przy 40km/h łapię powietrze w taki sposób, aby nie utopić się w bryzgającej spod przedniego kapcia wodzie. Nadrabiamy stratę. Na zjeździe nie zauważam 1 PK ale na szczęście spisują nas w locie. Do 2 PK dojeżdżamy przez las szutrową drogą na której pancerze zapychają mi się wrednym beskidzkim błotem. Działa tylko kilka przełożeń. Za 2 PK w miejscowości Zdynia wylatujemy na asfalt na którym łapiemy kreskę za jakimś autobusem. Bardzo ryzykując wypadek rozpędzamy się do 72km/h. Co prawda ta idylla trwa jedynie jakieś 600m. Później razem z dogonionym austriackim mixem jedziemy do bufetu, znajdującego się we wsi Regietów Niżny. Zimno, wietrzno i przeraźliwie mokro. Za długo zamarudziliśmy na bufecie, marznąc straszliwie. Jest jakieś 16'C. Asfaltem dojeżdżamy do wsi Skwirtne i szlakiem wpadamy na 4 PK. Następnie asfaltami jedziemy w grupie ok. 5 zespołów. Atmosfera grobowa. Wszyscy bardzo, bardzo wyczerpani, przemoczeni i wychłodzeni. Jakieś 20km przed metą spotykamy zespół w którym jeden z zawodników jedzie na gołej obręczy w tylnym kole. Pełen podziw i szacunek. Po jakichś wrednych dziurach wspinamy się na szczyt gdzie znajduje się 5PK. Na punkcie Marcin Rygielski ostrzega, że asfaltowy zjazd jest bardzo szybki i jest ślisko. Kobi pierwszy bo ja wyczerpany, jadę zachowując czujność i ściskając hamulce. Po kilku zakrętach widzę że przyczepność jest jednak nie najgorsza. Odpuszczam klamki. Nagle robi się stromo. Licznik pokazuje 63km/h. Zaczyna się łuk w prawo, który progresywnie zamyka się w ostry zakręt o 90'. Łapię za hamulce. Jęk mokrych tarcz i nic się nie dzieje. Czas zwolnił tak ,że każdy ułamek sekundy staje się minutą. Pobocze, krzaki i uderzenie w głowę, nogi i prawy bark. Otwieram oczy i ciemność. Daszek od kasku mam na nosie. Ktoś krzyczy z góry, a w zasadzie to z dołu czy żyję. Odpowiadam. Drugie pytanie - jesteś cały? Ruszam się. Wszystkie kończyny odpowiadają na sygnały mózgu więc chyba spoko. Pytanie trzecie - uda Ci się wyjść? - Wyjść? Przecież ten ktoś jest na dole. Okazuje się, że to ja wiszę na jakichś krzakach 3m poniżej drogi i kilkanaście centymetrów od stromego brzegu potoku. Gdybym tam poleciał, skończyłoby się bardzo źle. Wychodzę stamtąd chyba kilka minut. Jestem w ciężkim szoku. Podwijam nogawki i ulga. Dwie spore bruzdy w nodze ale szycia chyba nie będzie. Zjeżdżam w dół. Widzę, że Kobi czeka. Niestety zanim zdołam podjechać, odjeżdża. Z cieknącą nogą dojeżdżam do mety w Krynicy. Rzucam rower i idę pod prysznic. Gorąca woda. Ulga. Pod prysznicem dowiaduje się, że na tym zakręcie było jeszcze kilka wypadków. Jeden z kolegów rozciął poważnie nogę a drugi (pozdrawiam obu panów) jest w stanie ciężkim. Miałem duże szczęście. Po umyciu się zmieniam Kobiego w kolejce do myjki rowerowej. Gdy myję rowery na metę wjeżdża zawodnik jadący bez opony, którego mijaliśmy jakieś 20km od mety. Po południu idziemy na pizzę. W Krynicy jest wspaniała knajpa przy głównym deptaku - "Zielona Górka". Góralska muzyka i najlepsza pizza świata z kiełbasą wiejską i czosnkiem, oraz śliczna kelnerka, której wycinamy numer rodem z filmu "Cztery pokoje" Quentina Tarantino.

Numer z tasakiem:
- Przepraszam, czy możemy prosić o ostry tasak i deseczkę??
- yyyy, a do czego to panom?
- bo założyłem się z kolegą że ta pizza jest najlepsza na świecie - jeśli on stwierdzi że nie, to odrąbie mi małego palca.
- to ja przyniosę…chwileczkę.
Zatkało nas. Skończyło się na tym, że to Pani nas zagięła, a nie my ją. Kupa śmiechu.

Kobi oznajmia mi, że dalej nie jedzie, bo bolą go plecy. Próbowałem go jeszcze przekonać, że lekarz, że maści, że będzie dobrze. Nie udało się. Od jutra miałem jechać jako nowy team poza klasyfikacją. Byłem załamany. Najtrudniejszy ponoć etap miałem jechać z obcym zawodnikiem i to poza oficjalną klasyfikacją. Miałem nadzieję, że chociaż zostanie i pomoże mi przy sprzęcie. On decyduje jednak, że wraca do domu pokazać w domu zdjęcia jaki to miał ubłocony rower. Jestem bezgranicznie wściekły.
Wieczorem poznałem Marka i Marcina z M & MS i jedyny kobiecy zespół - Ewę i Sylwie, ("Supermenki") który dojechał do mety - i to w jakim stylu! Tytanowe dziewczyny. Pomogłem się im jakoś ulokować i pomaszerowałem na odprawę na której Marcin straszył okrutnie zjazdami, połamanymi drzewami, różnicą wzniesień itp.

Zrobiłem pranie, oddałem rower do serwisu zlecając wymianę linek i pancerzy. Rower został przygotowany i posmarowany, więc rano nie musiałem się względnie spieszyć. Ze względu na czekający nas ciężki etap - 2600m przewyższenia - start tego dnia odbył się o 8 rano.



 

Transcarpatia 2005

Relację z wyścigu Transcarpatia 2005 napisana została w 2005 rok przez Kubę i umieszczona na oficjalnej stronie www.transcarpatia.org.

Zespół "Halo, halo Franku", czyli Ja i Michał pojawia się w tej relacji, jako że tam własnie się poznaliśmy.

Gwoli informacji dodam, że zespół "Halo, halo Franku" ukończył wyścig Transcarpatia na zaszczytnym 76 miejscu. Strat w ludziach i sprzęcie nie było (prawie :)

 

Piątek - 19 sierpnia

Kielce - Ustrzyki Dolne - 285km

Kobi (Michał Kobus - mój teamowy partner) urywa się z pracy, ja się pakuję. ...

więcej >>

Transalp 2007

To wyjazd w Alpy, prowadzący trasą najsłynniejszego wyścigu górskich rowerów. Po TC 2005 obiecaliśmy sobie, że już nie będziemy się ścigać, więc propozycja wyruszenia na trasę kilka dni po prawdziwym wyścigu była bardzo kusząca. Wyruszamy na trasę w dniu, w którym wyścig wjeżdża na metę nad jeziorem Garda we Włoszech. W czasie naszej wyprawy spotykamy na trasie ślady przejazdu wyścigu.

image008

więcej >>

Transalp 2012

Transalp 2012 - Garmisch-Partenkirchen - Riva del Garda  (400 km, 11 100 m przewyższenia)

Wyprawa zorganizowana i prowadzona przez Tomka Pawłusiewicza z transalp.pl

IMG 0856

więcej >>